Galeria

Zbiór prac z różnych lat i cyklów. Wybierz kategorię lub przeglądaj całość.

O mnie

Lenczys
lenczys

Formalnie nazywam się Marcin Lenczowski i jestem projektantem. W szeroko rozumianym znaczeniu tego słowa. Na co dzień zajmuję się projektowaniem wnętrz, mebli, architektury, grafiki użytkowej oraz krajobrazu i przestrzeni, ale zanim się tym zająłem już od dawna malowałem. Zdarza się tak, że z rozpędu zaprojektuję z wyprzedzeniem powstający obraz, ale zazwyczaj inspiracja przychodzi sama. Pomimo tego, że malarstwo jest dla mnie formą relaksu i sposobem na zdystansowanie się do pracy zawodowej, potrafi mnie wciągnąć na tyle mocno, że wysuwa się na pierwszy plan i zapominam o pracy. Malarstwo abstrakcyjne jest mi najbliższe jednak w swoich pracach najczęściej koncentruję się na człowieku, bezpośrednio i pośrednio. Większość z moich prac to obrazy z serii ‘nieobecni’, nad którą pracuję od wielu lat i która ciągle ewoluuje i rozrasta się, do której nie brakuje mi inspiracji i nowych pomysłów. Człowiek, bohater jest tu często ukryty, pozostawiając po sobie jedynie wrażenie. Wrażenie to i jego interpretację chętnie pozostawiam odbiorcy.

Obudził się o szóstej rano, kiedy budzik zaczął wygrywać pierwsze takty God Save the Queen. Czyli dziś za oknem była Wielka Brytania. Na śniadanie fasolka w sosie pomidorowym, smażone pomidory, kiełbaska i pieczarki. Tutaj pracował jako sprzątacz w Muzeum Historii Naturalnej, dojeżdżając metrem z trzeciej strefy. Tu również wtyczki miały inny kształt a samochody jeździły po przeciwnej stronie niż na kontynencie, ale ponieważ już tyle lat zdarzało mu się budzić w rzeczywistości Londynu, zdążył przywyknąć. Prysznic, golenie, śniadanie, kawa, wszystko ustalonym rytuałem – i czas do pracy. Wyjął z szafy tweedową marynarkę ze skórzanymi naszywkami na łokciach. Dziś akurat w siąpiącym chłodnym deszczyku, pod ołowianymi chmurami. Pod parasolem zacinało, usiłował więc bez szans na powodzenie wtulać brodę w tabaczkową muszkę. Trochę mókł, ale wiedział że pod wieczór prawdopodobnie się rozpogodzi.
Zaczęło się gwałtownie, jak słoń bez trąby. Pewnego razu obudził się o szóstej rano, budzik wygrywał Marsyliankę, a za oknem stereotypowo majaczyła się wieża Eiffla. Nie mógł się pomylić, zjadł więc na śniadanie croissanta, zapił kawą i wyszedł, by większą część dnia spędzić w Luwrze, gdzie pracował jako sprzątacz. W Paryżu często wiało, więc czerwony krawat odlatywał w kierunku pleców i powiewał nad marynarką w jodełkę. Croissanty jadał odtąd na śniadanie każdego dnia, do czasu, kiedy zasnął w pokoju z widokiem na wieżę Eiffla, a obudził się w klitce z widokiem na Plac Czerwony. Cóż było robić? Łyknął szybko placek z serem, popił herbatą. Poprawił purpurową chustę na welwetowym kołnierzu jedwabnego szlafroka w kolorze zgniłozielonym i już spieszył do Mauzoleum Lenina, gdzie pracował. Jako sprzątacz. Niezależnie od swojej woli zmieniał miejsce zamieszkania i pewne rysy stałych przyzwyczajeń tyle razy, że już stracił rachubę. Miasta powtarzały się – na początku, po drugich czy trzecich przenosinach, próbował poprowadzić jakąś statystykę, potem jednak, nie umiejąc wykryć żadnego algorytmu kierunku przenosin i czasu w kolejnym pokoju, postanowił ostrożnie cieszyć się każdym miejscem. Bez rozważania o celowości swojego istnienia. Bez nadmiernego rozmyślania o obecnościach i nieobecnościach. Złościło go jedynie, że w każdym kolejnym miejscu musiał długo czekać na urlop, ponieważ czasy pracy w kolejnych muzeach za cholerę nie chciały się zsumować. A przecież wszędzie wykonywał prawie te same czynności!

Powyższe opowiadanie powstało na okoliczność wystawy 'Absencja' w Mostowa ArtCafe w 2015 roku.
Autorem tekstu jest Milena Milewska.

Kontakt

lenczys@lenczys.com